|

strona główna
powrót
do części I
REKOLEKCJE
Z KS. MICHAŁEM SOPOĆKO
Opracowane na podstawie publikacji ks. dr Michała
Sopoćki
(wybór tekstów s. Dominika Steć ZSJM)
część II
ŚLUBY ZAKONNE
"Obrałem być
najpodlejszym w domu Boga mojego, niźli mieszkać w przybytkach niezbożnych"
(Ps 83,11). "Otwórz mi siostro moja, przyjaciółko moja, otwórz mi"
(Pnp 5,2).
Tak przemówił dnia pewnego Bóg do ciebie. Poznałaś
ten głos umiłowanego, otworzyłaś
i poszłaś za Nim. Pozwoliłaś wejść Panu, by był nad wszystkim, co do ciebie
należy.
Obiecał ci nawzajem swoje dobra i łaski, a teraz musisz podpisać układ.
Ojciec Niebieski przyjmuje cię w imię Syna swojego: przyjmuje twoją ofiarę
i osobę a w zamian przyrzeka ci Osobę Jezusa Chrystusa i Jego łaski. Notariuszem
tego aktu jest Ojciec Święty, a przełożona zastępuje jego miejsce i przyjmuje
śluby w Jego imieniu. Jesteś teraz wolna, a gdy podpiszesz, nikt nie unieważni
tego aktu. Wprawdzie następuje zwolnienie od ślubu, ale on to czyni
z wielką trudnością, z przymusu, gdyż nie zawsze zwolni od ślubu Pan Bóg,
który jedynie zna tajemnice serca i wie, czy są wystarczające przyczyny,
które podajemy, aby rozwiązać łańcuch miłości. Wątpliwość straszna, którą
nosi ze sobą zwolniona. Lepiej nie ślubować, jak nie dopełnić ślubów,
gdyż podpisujemy te śluby krwią własną.
Ślub jest to kontrakt darowizny, który wymaga
obustronnej opłaty. Cóż oddasz? Oddaj wszystko bez zastrzeżeń, które zwykle
kryją ostrożności i psują daru szczerrość, a więc: świat i jego dobra,
zdolność i możność zostania celem czegokolwiek, ciało i duszę, umysł i
serce na zawsze, nigdy nie żądając zwrotu. A co da Pan Bóg? Chyba się
nie zadowolisz zapłatą stokrotną Piotra, lecz zażądasz jak św. Tomasz
z Akwinu: "Ciebie samego i nic jak Ciebie".
To dopiero zapłata.
Na jak długo podpisujesz ten kontrakt? Na zawsze - oddanie swej wolności
w kole zamkniętym,
by z niego nigdy nie wyjść. Nie przypatruj się temu, co dajesz, bo to
i tak do Boga należy.
Patrz tylko na łaski, jakie ci wyświadczył, na miłosierdzie, którego godną
nie byłaś.
Oto wchodzisz do uprzywilejowanej rodziny w Kościele. Daj wszystko, coś
nabyła z zasług
i cnót i co nabędziesz w przyszłości przez twe czyny, prace, cierpienia,
ofiary i modlitwy.
Może nic nie posiadasz - pożycz cnoty i łaski od Jezusa i Maryi, byś mogła
się podobać
Ojcu Niebieskiemu. Pamiętaj, że nie będziesz wolną od pokus, które szatan
wzniecać będzie,
byś oddała zpowrotem za złoto: nie patrz na nie jak św. Antoni.
Ślub jest uświęceniem się szczególniejszym. Jak
dawniej ofiary były oddzielone od reszty,
by się stały własnością Pana, tak profesja jest poświęceniem w prawie
nowym. Nie znasz już
ani imienia, ani miejsca, ani stanowiska, ani przeznaczenia żadnego, lecz
stajesz się rzeczą
i własnością Boga. W tym celu On cię uświęca i uszlachetnia, byś była
godną służby Pana tak wielkiego. Sługa nosi liberię swego Pana, a Pan
daje ci habit, by uczynić twoje śluby jawnymi
i przeznaczyć wobec wszystkich do służby w swoim Królestwie. Odtąd strzeż
honoru swego Pana i barw, które nosisz. Jesteś już szlachcianką Zbawiciela
i arystokracją Kościoła.
Jak dworzanie na dworze Króla stanowią jego siłę
i zawsze stają w pierwszym rzędzie
do obrony kraju, z odwagą narażają się na wszelkie niebezpieczeństwa,
tak zakonnica winna być w pierwszym rzędzie, by bronić osoby Jezusa i
Kościoła, być zawsze na Jego rozkazy
i iść tam, gdzie pośle, czy na morze, czy do najdalszych krajów. W ten
sposób łączą się
z kapłaństwem potęgą poświęcenia zakonnego. Już ich nic zatrzymać nie
potrafi. W ten sposób zakony są zdobywcami, gdy świeccy duchowni pasterzami,
czasami niestety stróżami grobów.
Profesja wreszcie jest zawarciem związku z Chrystusem.
On cię dopuszcza do swego towarzystwa, dostarcza ci łask i środków w spółce,
a żąda w zamian pracy i ofiary.
Trzeba, byś się złączyła z Nim węzłem przywiązania do Jego interesów i
miała tylko ten cel
i to zadanie - Chrystus. Przysięgasz teraz, że pracować będziesz zawsze
tylko dla Jezusa, nieodwołalnie dla Niego, nie szukając siebie w niczym
i nigdzie. Niechże On będzie twą siłą, byś się nigdy nie cofnęła, byś
walczyła na śmierć i życie.
Źli ludzie łączą się w towarzystwa do złego i
przysięgają wytrwać pod karą śmierci: już się wycofać z pęt szatańskich
nie mogą. A czyż ty inaczej zechcesz służyć swemu Panu? Przez profesję
dajesz zobowiązanie do zupełnego wyrzeczenia się i wyniszczenia swej miłości,
a jeżeli zażąda Pan męczeństwa, poniesiesz je dobrowolnie. Umrzeć na polu
bitwy w Kościele to wielki zaszczyt, to wielka chwała dla Boga. Jakież
to szczęście! Bo oto sam Pan Jezus wyjdzie na spotkanie i weźmie cię w
swoje objęcia. Niechże twoja profesja będzie męczeństwem ubóstwa, posłuszeństwa,
czystości. To jest najpiękniejszy dzień w twoim życiu, bo to jest dzień
miłości.
ŻYCIE UKRYTE - PRACA
Chrystus Pan w Nazarecie nie był przełożonym, ani
kapłanem, ani kaznodzieją, lecz był zwyczajnym zakonnym braciszkiem. Trzydzieści
lat pracy zapomnianej, cichej, pracy żmudnej, fizycznej. Praca jest prawem
całego życia zakonnego, nawet i w późnym wieku. Św. Klara pracowała na łożu
śmierci pracą ręczną.
Zbawiciel - największy talent świata i geniusz,
ideał wiedzy to wzór dla pracujących.
Światłość niestworzona - pociecha Aniołów, mogący stworzyć nowe światy.
Wykonuje najpospolitsze prace w ramach swego domku. Nie oddawał się jakiejś
wzniosłej sztuce,
ale obrał najpospolitsze rzemiosło. Nie ma biura, nie otaczają Go uczeni,
nie ma sekretarzy,
doradców i pomocników.
Jest to zwyczajny rzemieślnik w zapadłej mieścinie, żyje przy rodzicach,
jak i On ubogich.
Na początku ery chrześcijańskiej pokazywano podróżnym i pielgrzymom prace,
które miał własnoręcznie wykonywać Zbawiciel: były to jarzma zwierząt,
proste pługi, najpospolitsze drzwi itp. Wyniki pozornie bezwartościowe
- talent zagrzebany.
Jakże
często zdarza się w zakonie, że się czujemy pokrzywdzeni, że urząd i praca
nam powierzona wydają się za niskie, nieodpowiednie do naszego uzdolnienia,
nie zastosowane
do naszych sił i talentu. A tymczasem każde zajęcie jest drogie i cenne,
bo najlichsze, najpośledniejsze jest zroszone potem Jezusa, pokryte kurzem
Jego warsztatu i na nim oko zakonne, wierzące znajduje ślady rąk Chrystusowych.
Praca Pana Jezusa była trudną i ciężką, gdyż za pokarm służyła marna potrawa:
kukurydzowy placek, trochę oliwy, woda z winnym kwasem. Za miejsce spoczynku
- mała izdebka i mata z sitowia rozciągnięta na ziemi.
Za ubranie - sandały drewniane, płaszcz płócienny, ręką Matki sporządzony.
Patrz na pracę Zbawiciela w tych warunkach wykonywaną,
bo i my mamy pracować podobnie. Praca ta przynosiła upokorzenie, gdyż
trzeba było pracować z dnia na dzień przy niepewnym jutrze. My nawet takiej
pracy nie mamy. W zakonie inni za nas myślą o wszystkim, a Chrystus radował
się, gdy Józef przynosił ubogi zarobek, gdyż wszyscy tam żyli z dziennej
zapłaty.
Praca Chrystusa była bez zmiany, monotonna, nieustanna, szara, nudna,
jakiej nawet
w zakonie nie znajdziemy. Tu bowiem, jeśli praca nie idzie w jednym urzędzie,
dają inną, bardziej dostosowaną do zdolności, sprytu, talentu, przy tym
tu jest pewna rozmaitość.
A w pracy Chrystusa choćby chciał rozmaitości znaleźć nie mógł. Jakaż
to dla nas tajemnica
i nauka głęboka. Do zakonów bowiem hasła świata powoli się wciskają przez
szczeliny.
Trudno tu mówić o mrówczej pracowitości - o prawdziwym umiłowaniu pracy,
a stąd przypuszczalnie płynie i trudność owocności tej pracy.
Chrystus
musiał zawsze podporządkować się woli św. Józefa, stosować się do okoliczności
i warunków wykonywania pracy i to codziennie, bez przerwy. Uczy się z wielką
pokorą
- On źródło wiedzy, z jakim pietyzmem przyjmuje wskazówki, spełnia wszelkie
polecenia
z radością, przyjmował uwagi z zadowoleniem. Tymczasem w zakonach uwagi
wywołują grymasy, niezadowolenia, niesmaki. Tam często wielu się zdaje,
że przełożona nie może wtrącać się do pracy, bo my przecież wiemy najlepiej
jak ją wykonać.
Chrystus przy pracy wciąż spogląda na krzyż,
szuka krzyża, w godzinach samotnych ogląda duchem kolumnę biczowania,
widzi siebie w Pretorium Piłata, słyszy wołania
"na krzyż"
( J19,6). Gdy weźmie kloc drzewa, przypomina, że kiedyś inni ludzie
z podobnego kloca
uczynią krzyż i przybiją Go doń. Te myśli nie odbierają ochoty, energii
i nie ostudzają zapału.
On bowiem pragnie ofiar największych dla chwały Ojca. W krzyżu pracy widzi
nieśmiertelność
i szczęście moje.
Wglądnijmy
do wnętrza serca Jezusa przy pracy. Oto pracuje wytrwale, ze świętym spokojem,
bez skargi, gdyż widzi tu wolę Ojca. Pracuje z wdzięcznością. Wie, że Ojciec
zawsze działa
- pracuje, chce jako człowiek brać czynny udział w pracy Ojca. Pracuje z
męstwem, w głodzie, chłodzie, bez małoduszności i zmiany, a siły czerpie
z Boga. Wyniki pracy pozornie są nikłe,
ale On ją błogosławi i nagradza.
Przynieśmy tedy Chrystusowi każdy rodzaj pracy i spytajmy, czy On jest z
niej zadowolony.
A gdy zgani, prośmy, by oczyścił intencję naszą w pracy.
O POKOJU DUSZY I ROZPOZNAWANIU DUCHÓW
Po rozważaniach o śmierci, grzechu i innych prawdach
wiecznych może powstać w duszy
pewien zamęt, spowodowany przez wroga naszego, którego ataki trzeba odpierać
siłą.
Kusił on i Chrystusa, który Apostołów pozdrawia słowami: "Pokój
wam"(Łk 24,36),
po zmartwychwstaniu, gdy ci zbierali się na modlitwę wspólną. Pokój winien
być owocem rekolekcji. Z tym pokojem mamy powrócić do codziennych spraw
i obowiązków. On buduje, pociąga, przynosi ulgę, osładza, dodaje sił do
przetrwania walki i najgorszych chwil.
Szatan zaś wprowadza zamęt i niepokój. Dlatego
trzeba znać naukę o rozpoznawaniu duchów.
Właściwością dobrego ducha jest dodawać odwagi, siły, otóż gdzie brak
jest tego, tam działa zły duch. Są cztery warunki, czyli cztery elementy
tego pokoju: pogoda ducha, spokój duszy, prostota serca, węzeł jedności,
wspierający się na zakonnej miłości. Pogodę ducha można porównać do nieba
jasnego bez chmur, ona tę jasność sprawia, rozprasza chmury deszczowe,
gradowe, smutne, zrozpaczone, ciężkie i tak jasno przemawia, pociąga umysł
i rozjaśnia, jak ciepły wiatr od południa.
Spokój duszy wywołuje myśli potrójne: dusza nie
doznaje smutku, zwątpienia lub zniechęcenia, bo wiara w Opatrzność i Miłosierdzie
Boże mówi, że Bóg jest Ojcem troskliwym o duszę i bez Jego woli nic złego
nas spotkać nie może. "Wszelkie troski
wasze składajcie na Boga, gdyż On ma pieczę o was" (1P 5,7).
"A wiemy, że tym, którzy miłują Boga,
wszystko pomaga ku dobremu" ( Rz 8,28), powiada święty Paweł.
Więc, gdy na duszę przyjdzie apatia, niechęć i niemoc, trzeba wszystko
kierować do Miłosierdzia Bożego i ufać, że Bóg pośpieszy z pomocą. W duszy
gruntuje się przekonanie, że wszędzie, zawsze i we wszystkim mogę służyć
Bogu i być doskonałym. Ta prawda uzależniona jest od mojej woli.
Praca ta trudna, ale całkowicie dostosowana do
moich sił, natury i woli, która dużo może kiedy musi, a stokrotnie, kiedy
chce. Zewnętrzny mus dokona wiele, ale więcej kiedy naprawdę chcemy. Dlatego
świętość nasza uzależniona jest od naszej woli - najsumienniejszego spełniania
obowiązku. Te trzy myśli muszą rozproszyć najbardziej posępne usposobienie,
a wytworzyć jasne, przejrzyste i pogodne. Dla szatana pogoda wewnętrzna
to rozpacz
i doprowadza go do wściekłości.
On chce doprowadzić do burzy, wywołać chmury gradowe, dlatego baczność!
Do wytrwania
w pogodzie ducha doprowadzi nas wyobraźnia, którą trzeba trzymać na wodzy,
poznać jaką jest. Nie jest ona jednakowa u różnych dusz, a nawet u jednego
człowieka, gdyż przybiera różne kształty. Przyrównać ją można do zwierciadła,
które może być wypukłe, wklęsłe i płaskie. Pierwsze - przedmioty powiększa,
zniekształca i przedstawia ujemnie. Drugie - przedmioty zmniejsza i przedstawia
pociągająco i ponętnie, chociaż są i nie piękne. Trzecie wreszcie przedstawia,
jakim jest przedmiot, ale nie pokazuje, gdzie się on znajduje. Zwróćmy
uwagę
na wyobraźnię, która inną jest u osób świeckich, a inną u osób zakonnych.
Pierwsze zwierciadło to u osób zakonnych skwaszonych,
zgryźliwych, niezadowolonych
ze wszystkiego. Niewiadomo, czy taka osoba się kiedykolwiek uśmiecha,
czy nawet w ogóle rozumie, co to jest uśmiech. Wzrok ma nieufny, skryty,
posępny. Powierzchowność zachmurzona zdradza podejrzliwość. Niech ktoś
nie tak popatrzy, jak ona sobie życzy, przepaść otwarta przed nią. Niech
przełożona spojrzy okiem suchym, bo jest zakłopotana, wówczas wszystko
zaczyna analizować, rozbierać, stwarzać podejrzenie, sądy opaczne, ogarnia
ją smutek, w którym znika spokój i powołanie. Niech kto powie płoche,
nieoględne słówko,
zaraz wyobraźnia wypukła powoduje przygnębienie, a czarne chmury przyćmiewają
i uniemożliwiają pożycie.
Gdy chodzi
o interes własny, o mnie, to ja dla dodania sobie bodźca biorę drugie zwierciadło
wklęsłe - pomniejszam winę własną, widzę ją w swoim tylko naświetleniu,
ubieram się
w dodatki w tym celu, by skupić na sobie uwagę innych. Taki człowiek w oświetleniu
prawdziwym ciężkości swych błędów nie zrozumie. To drugie zwierciadło jest
więcej niebezpieczne, gdyż posługując się nim dusza zakonna występuje wbrew
własnemu
sumieniu, byle nie zasmucić otoczenia.
Gdy chodzi o pogodę życia zakonnego trzeba mieć
trzecie zwierciadło -zdrową i prostą wyobraźnię, która nam ukazuje, jakimi
jesteśmy w rzeczywistości i mówi nam prawdę w oczy. Jeżeli wyobraźnia
będzie zdrowa, uchroni nas od grymasów przeczulenia na punkcie własnej
osoby. Jest ona pierwszym elementem do stwarzania trwałej pogody ducha.
Na ten pokój duszy trzeba mieć pogodę ducha, bo zakłócić go potrafi małe
wejrzenie.
Uczyńmy teraz rzut oka na przeszłość. Są ludzie,
którzy lubią się grzebać się w sobie,
dopatrując się winy większej niż była. To niedobrze: nie wracamy do śmietniska,
gdyż i Bóg zapomina o grzechach naszych po przebaczeniu. Po co wyziewami
złego zatruwać ducha
i robić z siebie zwierzę drapieżne, pozbawiając się energii, pogody i
osłabiając wolę,
a tymczasem rzeczywistość z oczu ginie. Przyszłości lękać się również
nie powinniśmy,
gdyż kto miłuje, ku dobremu wolę swą skierowuje. "Wszystko
mogę w tym, który mnie umacnia" (Flp 4,13).
Prostota serca to obraz dziecka: szczere, proste,
otwarte, bez pozy. Zgodność zewnętrznych przejawów z wewnętrznym stanem,
bez obłudy, udawania, pozowania, nie ma ubocznych względów, nie kieruje
się zasadami świata ani zmysłowymi podmuchami. Dziecko pociągające to
jasny wyraz tego, jaką prostota być powinna.
Czwartym elementem pokoju jest węzeł jedności,
zgodne i serdeczne porozumienie się
z siostrami. Bez niego życia zakonnego pojąć nie można. Tę zgodę Chrystus
przekazał Apostołom w testamencie i o nią głównie błagał Ojca Niebieskiego
w modlitwie przed męką: "Spraw Ojcze,
aby oni byli jedno, jak Ty i Ja jedno jesteśmy" (J17,21). Chrystus
Pan nazywa znak, po którym można poznać Jego uczniów - to miłość. A psalmista
woła: "Jak ważną jest rzeczą i dobrą
mieszkać razem z braćmi" (Ps 133,1). Istotnie miłość jest
dopiero węzłem pokoju.
O MIŁOŚCI SIOSTRZANEJ
"Synaczkowie
miłujcie się wzajemnie - mawiał Jan Apostoł, gdy już w podeszłych
latach miewał kazania do uczniów - To jedno
spełnijcie, a wystarczy wam ono za wszystko". Istotnie miłość
jest koniecznym warunkiem utrzymania ducha i równowagi wewnętrznej, ona
daje szczęście życiu zakonnemu. Jeżeli w nią się wmyślimy, przekonamy
się, jak nam brak tej prawdziwej delikatności, potrzebnej do zespolenia
naszego życia. Mówią nam o tym rachunki sumienia, że największym uchybieniem,
niedoskonałością, jaką napotykamy w życiu zakonnym, to brak prawdziwej
miłości bliźniego, o której trzeba często mówić. Bóg dał światu zasadnicze
trzy prawa, a każde z nich potrąca o miłość.
Prawo naturalne - obchodź się z drugim, jak
chcesz, by się obchodzono z tobą. Prawo Mojżeszowe - jak sam sobie życz
tak innemu. Wreszcie prawo łaski - abyście się społecznie miłowali, jak
ja was umiłowałem. Aby się po mistrzowsku przejąć zasadą miłości bliźniego
przypatrzmy się dwom pobudkom miłości, która winna stać się naszym ideałem,
przejść
w czyn naszego zakonnego życia i opromienić każdy dzień, każdą przykrość
i być nagrodą
za opuszczenie wszystkiego.
Nakaz
Chrystusa: "To jest przykazanie moje, abyście
się społecznie miłowali"(J 15,12).
Dla nas ten nakaz jest ścisłym obowiązkiem, wynikającym z dążenia do doskonałości:
mamy upodobnić się rozumem, sercem i wolą do Chrystusa pod każdym względem.
Druga pobudka z rozumu: jesteśmy dziećmi jednego
Ojca, członkami mistycznego ciała - Kościoła, zespala ta sama wiara, karmi
też Eucharystia, ma więc i miłość ożywiać. W zakonie nadto stanowimy rodzinę:
ten sam Oblubieniec, to samo niebo, ta sama nagroda, te same cele.
Miłość wzajemną można nazwać probierzem miłości Bożej. Miłość nadprzyrodzona
i siostrzana wypływają dwoma strumykami z tegoż samego źródła miłości
Serca Bożego. "Jeśliby kto rzekł,
że Boga miłuje, a bliźniego miał w nienawiści, kłamcą jest" (1J 4,20),
mówi św. Jan Apostoł. "Chcesz się dowiedzieć,
czy kochasz Boga, patrz, czy kochasz bliźniego", mówi św.
Teresa.
"Po tym poznają, że jesteście uczniami
moimi, jeżeli miłość jeden ku drugiemu mieć będziecie" ( J13,35),
powiada Pan Jezus. Miłość wzajemna to umiłowanie cnót Chrystusowych:
nauczył jej życiem, dowiódł krzyżem, a stwierdził Eucharystią, objawił
św. Małgorzacie.
Miłość zakonna różni się od świeckiej, która
się opiera na węzłach krwi, interesu, jest krucha,
nikła i niestałe ogniwa. W zakonie trwały węzeł jednoczy zebranych z różnych
krajów, stanowisk, pochodzenia, charakteru, usposobień, wyrobienia, wykształcenia,
sprytu, ofiarności, a to wszystko żyje wspólnie, pracuje, zespolone, zjednoczone
tworzy węzeł harmonijny przez miłość. Ta różnorodność musi działać z tych
samych pobudek, dążyć do tych samych celów, dzielić dolę i niedolę, stworzyć
jednolitość, a w niej miłość. Węzeł przyrodzony tego nie potrafi uczynić.
Trzeba tu koniecznie miłości wyższej, bez której zakon będzie piekłem
/św. Hieronim/.
Miłość winna być duszą życia zakonnego, ozdobą
Zgromadzenia, podwaliną świętości, doskonałością życia, pociechą i nagrodą.
Opanowana, cnotliwa miłość własna ma być miarą, Chrystus nie żąda równej
miłości, ale podobnej - to promień czysty, wypływający z miłości własnej.
Pragnę dla siebie dobra, radości, szczęścia, to samo dla drugich. Mamy
widzieć bliźniego w sercu Bożym, wówczas zrozumiemy myśl Pawłową: "Miłość
cierpliwa jest, łaskawa jest." (por. 1Kor 13,4-8).
Staniemy w tym pięknie, jeśli w myślach, w słowie,
przejawiać się będzie nasza miłość ofiarna, szczera i prosta. Strzec się
trzeba porywczości, podejrzliwości i zazdrości. Powodem potępienia są
pozory tym nieszczęśliwsze, że widzimy źdźbło w oku bliźniego, a kloca
we własnym oku nie spostrzegamy. Z czynności zewnętrznych nie można wyrokować
o pobudkach, z jednego wypadku o charakterze, bo stąd płynie lekceważenie
bliźniego. Trzeba przebaczać, a my urazy chowamy w duszy. Za jedno słówko
zakopane w duszy serce długo wonieje urazą. A antypatie? Że się niby nie
gniewa, ale przy spotkaniu głowę odwraca, udaje, że nie słyszy.
Miłość winna się objawiać w słowach: "Każde
słówko umaczać w słodyczy Boskiego Serca,
a potem je wypowiedzieć" (św. Franciszek Salezy).
Strzec się słów ostrych, złośliwych dowcipów,
sarkazmu, żartów zasmucających, ostrych sprzeczek, aby bliźniego nie ranić
mieczem języka. Bajka Ezopa, który jako niewolnik
na rozkaz pana kupienia rzeczy najlepszej przyniósł 4 ozory, a gdy kazano
mu kupić rzecz najgorszą, przyniósł również cztery ozory wołu: "Język
to najlepszy dar bogów, a najgorszy
na usługach zła", powiedział panu.
Baranka wszyscy gładzą, a od jeża to i
pies ucieka. Dobroć, uprzejmość w obejściu, delikatność
i pogoda, mała usługa, pociecha zniewalają serce i podbijają je. A u nas
często samolubstwo. Trzeba tedy unikać nieczułości, ponurości, drażliwości,
opryskliwości, szorstkości, rubaszności, gburowatości, zarozumiałości,
co lekceważy wszystkich i wszystko, afektacji, wyrażającej się
w tonie mentorskim, buńczuczności, co sobie pokłon oddaje.
Jak nam trzeba miłość zachować, jak dojść do
niej, jak ją uprosić i wyrobić sobie ducha pokory
i wiary. Jeżeli miłość kwitnie na ziemi w zakonie, to zakon daje przedsmak
nieba i błogiego pokoju. Badajmy tedy siebie, zrozumiejmy, czym jest miłość
i umiłujmy ją czynem, a wtedy
w życiu zakonnym nie będzie najmniejszego trudu, bo miłość wszystko ułatwi,
zrozumie
i wszystko przetrwa. Trzeba usilnie się starać, by miłość była wypełnieniem
i dopełnieniem zakonu. Rozlewając miłość na ziemskie istoty - siostry,
nie wolno nam uszczuplać miłości Bożej, a coraz bardziej ją potęgować,
kochać je tylko dla Boga.
WYBÓR APOSTOŁÓW
Zakończyliśmy przeszłość naszą spowiedzią i teraz
już jej nie rozdrabniajmy, nie szukajmy już win w niej, ale mówmy z Apostołem:
"Tego co nazad jest zapominam, a do tego
co wprzód wyciągam ręce"/Flp 3,13/. Jeżeli szatan zechce budzić
w nas lęk, małoduszność, zamknijmy drzwi duszy naszej przed nim, a otwórzmy
serce dla Pana Jezusa, który po 40 dniach rekolekcji z całą starannością
ogląda się za uczniami, szukając pociechy dla swego apostolskiego serca.
Uczynił to i dla mnie, bo gdy się oglądam, spostrzegam dla pociechy serca
swego korzonki powołania świętego. W tej godzinie powołania Apostołów
widzę ziarnka łaski Bożej,
które po tylu wiekach wpadają do mojej duszy, dostrzegam tam podkłady
swego życia.
Raz po modlitwie nocnej na Górze Tabor, wychodzi do uczniów rozpromieniony,
obejmuje
ich miłosnym spojrzeniem i wywołuje 12 Apostołów. Wkłada na nich swe Boskie
ręce i widzi wszystkie wieki przyszłe, założycieli zakonów i mnie, bo
Jego wejrzenie wówczas i mnie dosięgnęło.
Pod względem powołania można ludzi podzielić
na dwie kategorie: warunki naturalne
u jednych (pochodzenie, stanowisko, stosunki) i okoliczności nadprzyrodzone
u drugich. Niektórzy z uczniów cisną się sami, by być przy Chrystusie,
oni powołania nie mają.
Takich Chrystus nie potrzebuje i do grona swego nie dopuści, bo też pobożnych
trzeba
i w świcie.
Do drugich Chrystus sam mówi: "Pójdź
za mą" (Mt 9,9). Daje im skarb powołania, a oni nie chcą
i nie korzystają, jak ten bogaty młodzieniec z Ewangelii. Kogóż więc Chrystus
powołuje?
Ze wszystkich warstw i klas społecznych: z rybaków Szymona, Jana i Andrzeja;
z lepszego stanu Natanaela i Mateusza. Nie wyklucza ludzi zamożnych, ale
najchętniej otacza się biednymi, daje pierwsze miejsce szczerym, otwartym,
szlachetnym, chociaż nieco próżnym
i niepozbawionym innych przywar. Widział w nich gotowość współpracowania
z łaską Bożą.
Nie wyklucza i grzeszników, w których pod twardą powłoką widzi szlachetność.
Nikt ze względu na stanowisko, ustosunkowanie, majątek wynosić się nie
może.
W tej mozaice członków, w tym skupieniu ludzi rozmaicie obdarzonych, a
cieszących się jedną łaską powołania, ma odtwarzać się harmonia na jedną
nutę chwały Bożej w miłości serdecznej. Wszelkie przymioty naturalne znikają,
bo są wsparte na niewzruszonej łasce powołania.
Łaska pociągnęła serca grube, dzikie, nieokrzesane,
wzniosła z życia codziennego wzwyż
ku Bogu, uczyniła z nich naczynia wybrane, roznoszące po świecie imię
Chrystusa. Nie na zdolnościach zewnętrznych, nie na stanowisku i pochodzeniu
polega ta moc Apostołów, ich znaczenie i owocność pracy, ale na łasce.
A ta łaska powołania wypływa z głębi Miłosierdzia Bożego i nie można jej
sobie wysłużyć. Jakże ją cenić potrzeba, jak dbać o nią, jak ją pielęgnować,
jak starać się jej odpowiedzieć w życiu, bo to objaw największego Miłosierdzia
Bożego. Pan Jezus na modlitwie rozmawia z Ojcem o przyszłych rządach:
widzi papieży, kapłanów i o moim powołaniu pamięta, przenika bowiem wszystkie
czasy i widzi je.
Już wówczas powołał ich i mnie do najściślejszej z sobą jedności, byśmy
zawsze byli
z Nim zjednoczeni, na pustyni, w Getsemani i na Kalwarii.
Po Zmartwychwstaniu skupił Zbawiciel zgromadzenie,
którego ośrodkiem jest On, jest punktem ciężkości i życia zakonnego. Jego
muszę studiować, naśladować, przez Niego dojść do cnoty, przez Niego mam
zostać świętą. Jego poznawać i ukochać mam, Jemu zawdzięczam zdobywanie
cnoty, gdyż drogą do życia jest On, Chrystus. A my czynimy opacznie: chcemy
się upokarzać da siebie, a to trzeba czynić dla Zbawiciela i z Nim być
razem. Gdy przy krzyżu Zbawiciela radośnie trwać będę, On mnie skutecznie
pociągnie, bo chce mnie mieć przy sobie. A ja często w kącie sama. Otrzymam
rozkaz ciężki, bolesny, wstrętny. Któż mi sił doda?
myśl o posłuszeństwie Zbawiciela.
Ćwiczenie duchowne idzie trudno: żadne
uczucie nie przemawia do serca; po co wtedy
gonić za myślą i męczyć się? Szukajmy stóp Chrystusa i jak Magdalena rozmawiajmy
z Nim, ogrzewajmy się promieniami Jego miłości, a znajdziemy Boga nie siebie.
Odnawiajmy w życiu codziennym swe śluby po Komunii św. On wtedy Sam jest.
Jezus powołał uczniów do godności Apostolskiej:
"oni mieli być Jego zastępcami, źrenicą
Jego oka. I my powołani do tegoż. Bo Chrystus powołał do wspólności życia
zakonnego z życiem Zbawiciela. On nasze szczęście. W Nim żyć i poza Nim
niczego nie pragnąć. A ja nie daj Bóg, bym się miał chlubić w czym innym,
jeno w Panu moim Jezusie Chrystusie". Ta wspólność pracy z
Nim stanowi największe szczęście na ziemi. Więc powołał mnie nie żeby
się modlić ciągle, nie żeby tylko pracować, nie żeby tylko myśleć o własnej
duszy, ale byśmy byli apostołami i dopomagali do szerzenia Królestwa Bożego,
do apostolskiej działalności,
do doskonałego przykładu na ziemi i do związku z Nim w niebie. "Wy
siedzieć będziecie
na 12 stolicach i sądząc dwanaście pokoleń".
Apostołowie poszli zaraz bezzwłocznie, nic nie
wzięli na pamiątkę z pośpiechu, bez myśli,
że wrócą. A myśmy zabrali może swe uczucie, upodobania i wolę. Poszli
oni z radością.
Mateusz porzucił pieniądze i biegiem za Panem dumny z wybrania. Jan nawet
pamięta godzinę powołania i cieszy się. A nam jak trudno zdobyć się na
ten pośpiech i radość.
A oto sieci /rodzina, rozpieszczone przywiązanie do siebie/, rozrywa się
powołanie, ociągamy się, a Chrystus stoi cierpliwie i patrzy. Czy z takich
Apostołów może być dumny? Czy oni spełnią Jego wolę? Apostołowie poszli
i wytrwali. Idźmy za nimi, by zdobyć łaskę wytrwania.
Rzućmy się do stóp Chrystusa i podziękujmy z
każdą godzinę życia zakonnego, za każdą łaskę, za każdy kęs chleba, za
każdy przejaw Jego miłości. Okażmy wdzięczność za odnowienie ofiarowania
się, gotowi na wszystko. Prośmy o miłość prawdziwą, aby iść wiernie w
apostolstwie świętym, bo świętość i żarliwość, to istotne cechy apostolskiego
życia zakonnego. Z nim mamy spełnić posłannictwo względem dusz powierzonych
naszej pieczy.
PRACA APOSTOLSKA
Każdy
zakon z natury powołany jest do pewnego rodzaju apostolstwa. Wszyscy członkowie
w tym apostołowaniu biorą udział, - pośrednio lub bezpośrednio. Porównajmy
z armią,
która się ściera z nieprzyjacielem. Jest tam wódz, który kieruje wszystkim;
są żołnierze walczący o różnej broni, są również przeznaczeni do zaprowiantowania
wojska jak do zbierania rannych z pola walki i odnoszenia do szpitali. W
Zakonie również jest dowództwo, które musi mieć żołnierzy wyrobionych, pracujących
na froncie powołania. Muszą oni również mieć pomoc w dostarczaniu środków
potrzebnych. Tę pomoc okazują siostry konwerski. Jakikolwiek mają urząd,
pracę, znaczenie od przełożonej do ostatniej siostry konwerski wszyscy dążą
do jednego celu, jedno rozwiązują zadanie, działają razem przez modlitwy,
prace i ofiary. Praca w zakonach czynnych to nie tylko uświęcenie siebie,
ale i rozniecenie miłości Bożej w sercach innych ludzi. Nie ma lepszego
środka na urobienie, jak wytrwałość
i ufność w pomoc Bożą w pracy nad udoskonaleniem innych ludzi. Kto taką
pracą się zajmuje jest aniołem Boga. Świętość jest potrójna: pokutująca,
osobistego stanu łaski i chwalebna.
Anioł pokuty nie potrzebuje, ale my jej potrzebujemy,
a nie ma lepszej pokuty, jak praca około dusz; jest ona trudna, niewdzięczna,
pełna ofiar i zaparcia się siebie, dlatego jest obfitym
źródłem wynagrodzenia i zadośćuczynienia za grzech.
Jak anioł ma być istotą wyższego rodzaju, wyrobienia,
silnego charakteru, pociągającej energii życia - świadomej, co chce osiągnąć.
Aniołowie są istotami duchowymi, ich się nie widzi,
nie słyszy, a mimo to jest ustawicznie obecny. Ja lubo z ciałem muszę
zrzucić wszystko,
co ziemskie i starać się o cichość serca i pokorę. Od siebie wymagać wiele,
a dla innych mieć cnotę wyrozumiałości i nie wymagać za wiele. Inaczej
będzie jak w bajce, gdzie myśliwy wybierał się na wróble z armatą.
Aniołowie nie oczekują nagrody, pozostają w zapomnieniu
we wzgardzie nieraz,
a zawsze cisi, spokojni i cierpliwi. I nam trzeba walczyć ze zniechęceniem,
choćbyśmy
z naszego oddania nie oglądali owocu. - Aniołowie patrzą na Boga i z tego
źródła czerpią
swe szczęście i radość. Nam trzeba również spoglądać, a raczej w duszach
nam powierzonych widzieć Boga i z pracy czerpać zachętę. - Aniołowie oddziałowują
na nas pogodą ducha, jasnym wejrzeniem, anielskością umysłu, tak i nam
trzeba oddziaływać na te dusze, w których Duch Święty zamknął skarby swoich
łask i darów.
"Cokolwiek uczyniliście
tym maluczkim, Mnieście uczynili" /por. Mt25,40/ mówił Pan
Jezus,
a ta myśl winna nas uszlachetniać i opromieniać. Wierzmy, że wszelką pracę,
trud i przykrości zniesiemy ofiarnie, a Bóg nas wynagrodzi stokrotnie.
Więcej Boga uwielbić nie można, jak dać Mu dusze, nad którymi ofiarnie
pracujemy. Do tej pracy prowadzi ideał zakonu, a w nim chwała Ojca, a
Jezus dla chwały Ojca życie swoje poświęcił.
O KRÓLESTWIE CHRYSTUSOWYM
Na świecie wiele jest królestw: martwej natury,
roślinne, zwierzęce, ludzie zakładają królestwa osobno pilnie strzeżone
wojskiem, rozszerzane wojną. Chrystusa Królestwo jest inne - nie
z tego świata, czyli nie według zasad świata zakładane i rozszerzane,
chociaż na świecie istniejące "Przyjdź
Królestwo Twoje"(Łk 11,2). Jest to królestwo ducha i jego
doskonałości "Bądźcie doskonałymi jako
i Ojciec Niebieski" (Mt 5,48).
Siedzibą tego Królestwa jest dusza ludzka, a
objawem harmonia wewnętrzna pomiędzy duchowymi władzami a cielesnymi.
Kto chce tedy być w tym Królestwie, winien namiętności swe poddać rozumowi
i woli, winien rozum swój oświecać światłem wiary, a wolę swą wzmacniać
łaskami i poddać ją woli Bożej. Już pogaństwo widziało w naturze ludzkiej
dysharmonię i usiłowało ją usunąć: stoicy za pomocą wykorzenienia namiętności,
a epikurejczycy przez dogadzanie im we wszystkim.
Żaden z pogan celu nie osiągnął i musiał w upokorzeniu
powtarzać: "Widzę lepsze rzeczy
i uznaję je, a idę za gorszymi", czyli poznaję Królestwo ducha i
chciałbym je urzeczywistnić, ale brak mi sił i środków odpowiednich.Bo
też to królestwo ducha możliwe jest tylko
u Chrystusa, który je założył, mówił o nim obrazowo w przypowieściach
/ziarno gorczyczne, sieć, drachma zgubiona, skarb ukryty itp./, pokazał
na sobie poglądowo, jak się je urzeczywistnia, zostawił również w Matce
Swojej Najświętszej doskonały wzór tego Królestwa oraz podał zasady jego
jakby konstytucję, której mają się trzymać wszyscy pragnący wejść do niego
i korzystać z jego dobrodziejstw. Chrystus Pan wszystkich do tego Królestwa
zaprasza,
a trzymając w ręku miecz władzy i kielich męki woła: "Pójdźcie za
mną".
Skoro Chrystus zaprasza nas, zadaniem naszym
będzie wpatrywać się w Niego i naśladować Go. Przede wszystkim w Królestwie
Chrystusa nie może być cienia grzechu, bo grzech śmiertelny wyklucza bezapelacyjnie
z tego Królestwa, w którym wszyscy mają nosić szatę godową czystości i
niewinności. Przez śluby czystości, ubóstwa i posłuszeństwa zaciągnęliśmy
się do Królestwa Chrystusowego, ale tylko zewnętrznie: śluby i habit jeszcze
zakonnika
nie czynią.
Przyłączyć się musimy duchem. Nam nie wolno zadowolić
się obecnością przy Nim: nam trzeba walczyć przy Nim. A walcząc mieć na
względzie nie tylko własną doskonałość i świętość, ale dobro innych ludzi
nam powierzonych. Inaczej szerzenia Królestwa Bożego pojąć nie można.
Przed nami nie Bóg karzący, ale dobroczyńca - Miłość pociągająca wszystkich,
nie Bóg kary
i pomsty, ale Niezmierzone Miłosierdzie Boże.
Duch
Chrystusowy, to duch świętości, którą się zdobywa przez walkę z sobą; to
duch pokory głębokiej, którą się zdobywa przez zaparcie się siebie, to duch
czystości, którą można utrzymać przez umartwienie, a utraconą odzyskać przez
pokutę dobrowolną i żal habitualny za grzechy. Pomimo, że żyjemy w zakonie,
jeszcze do Królestwa Chrystusowego nie należymy duchem,
póki się duchem miłości Jego nie odrodzimy.
POD SZTANDAREM CHRYSTUSA
Na polach Babilonu zgromadzili się ludzie ze
świata całego. Po jednej stronie wznosi się tron
z ognia i siarki - elementów niszczących wszelkie życie - na tronie tym
zasiada szatan. Wejrzenie jego jest straszne, rozpaczliwe, ziejące nienawiścią,
ruchy jego to ruchy tyrana. Otoczony jest czeredą diabłów, wpatrzonych
w niego służalczo i spełniających jego rozkazy.
To jest książe ciemności, nakłania i kusi do złego, otoczony dymem. To
jest książę kłamstwa, szuka krętych dróg, budzi niepewność, nieufność,
zasiewa niewiarę, bezczelność a opiera się na pewności siebie.
To burzyciel pokoju, który na duchowym polu Chrystusa
zasiewa kąkol niezgody i przygłusza nim wschodzące cnoty, wszczyna zamieszanie,
rozdwaja serce, a obecność swoją objawia
w zmiennym postępowaniu swych adeptów. To książe piekła, powodujący brak
odwagi,
to buntownik podżegający do buntu, zachęcający do uporu przez pychę, On
wysyła szatanów
do wszystkich, a szczególnie do tych, którzy się odznaczają cnotą w zakonie
- oddanych Bogu.
On najwierniejszy towarzysz tych, którzy pragną Bogu służyć szczerze.
Szatan to wytrawny psycholog, nie do wszystkich idzie
ze wszystkim, gdyż wie gdzie, kiedy
i w jaki sposób kusić odpowiednio. My nie zdajemy sobie sprawy, jak ważną
jest praca opanowanego temperamentu, charakteru, skłonności. A diabeł
uważa pilnie, jakie są temperamenty, wiek i charaktery. Inaczej zabiera
się do duszy wesołej, inaczej do ponurej,
inaczej do prędkiej, inaczej do powolnej, inaczej do mającej urząd jaki,
a inaczej do zamiatającej korytarz. On karze swoim wysłannikom dostosowywać
się do okoliczności życia wewnętrznego, czy dusza boi się grzechu ciężkiego,
czy lekceważy powszedni, czy kocha Boga, czy zna siebie, czy ceni drobne
rzeczy, czy nie pomija milczenia nakazanego?
On inaczej nie może się dostać do serca, jak przez
nakłanianie do uchybień z początku drobnych, chce rozluźnić sumienie, uśpić
je, patrzy czy jesteśmy dumni i pewni siebie,
czy cnoty tylko pozorne, czy jesteśmy leniwi lub pilni, czy ostrożni lub
lekkomyślni.
Raz uderza gwałtownie, to podchodzi powoli i budzi zniechęcenia /Bóg mnie
opuścił i nie chce mnie/. Przychodzi nieraz z głupstwem i przeraża bluźnierstwami,
przedstawia bezowocność praktyk, by duszę zniechęcić. Wówczas dusze wystrzegają
się tylko grzechów ciężkich, tolerują skłonności do mniejszych, otrzymują
w ten sposób trujący zastrzyk, stronią od umartwień, odzierają się z nadprzyrodzoności,
tracą delikatność i okrywają się warstwą jakąś nieczułą, przywiązują się
do siebie, wyrabiają upór woli, słuszność własnego rozumu i kierują się
same.
Aż wreszcie powoli diabeł nakłania do grzechu ciężkiego.
Przypatrzmy się własnej duszy, gdyby ona nie była takim skarbem, to by szatan
nie kusił. Trzymajmy się na baczności i zmysły swe na wodzy, trzymajmy się
reguł, powinności, a w razie pokusy otwierajmy swą duszę spowiednikowi,
by się ustrzec samowoli wewnętrznej, będącej podatnym gruntem dla pokus
szatana.
Śliczna dolina około Jerozolimy, pośród niej
obóz, a w niej ład i porządek, spokój i cisza wielka. Śpieszą na dolinę
pełni zadowolenia i radości, pogody i wewnętrznego spokoju. Wśród nich
piękna postać z miłością w oku - to Chrystus. Zbliżmy się bliżej, uklęknijmy
i przypatrzmy się Mu bliżej. Zmierzył tą dolinę wszerz i wzdłuż, a przechodząc
rozsiewał same dobrodziejstwa, gdzie stanął rzesze Go otaczały, a On dawał
im szczęście. Jest ubogi, posłuszny, prześladowany na tronie nie siedzi,
choć to Król królów. Stoi otoczony apostołami
i sługami wiernymi. Poświęcili oni dla Niego wszystko, a On im daje siebie,
swą promienną postać, swoją miłość, która się wszystkim udziela i wszystkich
uszczęśliwia.
Chrystus
pragnie szczęścia twojej duszy, wysyła jej swych apostołów, jakimi są zakon,
reguła, przełożeni. Jeden warunek tylko wypisał krwią swoją, to ten, by
tu na ziemi zaprzeć się siebie zupełnie, by w ogniu doświadczeń zahartować
swą wolę. Idzie sam do najbiedniejszych grzeszników, upadłych dusz ludzkich
ze słowami pociechy, pokrzepienia, miłości i ofiary i chce byśmy Go naśladowali
pod tym względem. Oto szatan za nikogo nie cierpiał i cierpieć nie będzie,
a Chrystus gotów jeszcze raz umrzeć za każdego z nas i za mnie. Jakże to
często zapominamy o tym i spełniamy wolę wroga Zbawiciela naszego. Manifest
naszego Mistrza jest jasny: "Błogosławieni
ubodzy duchem" zaprzeć się siebie; "Błogosławieni
czystego serca"
- czyli stać się jak dziecię. "Błogosławieni,
gdy was prześladować będą"...
"Radujcie się i weselcie"... (por Mt 5, 3nn).
Wylaniem krwi swej i łaską Chrystusa dopomaga
nam, wzmacnia wolę i oświeca rozum.
Rzucił jakby pomost nad przepaścią, oddzielającą nas od Boga. Nie żałował
największej ofiary, byle tylko pojednać nas z Ojcem. A ja czy szłam dotychczas
drogą ofiary. Czy nie szukam wszędzie własnego zadowolenia? Wezmę duszę
w swe ręce i będę się przypatrywać,
czy ona odpowiada programowi Królestwa Chrystusa.
ZNACZENIE REKOLEKCJI
"Służcie Panu
z radością" (Ps 100), powiada Psalmista, tymczasem radość
w służbie Bożej zakłócają trzy myśli: o przeszłości, przyszłości, czy
wystarczy sił, by dojść do celu.
Na rekolekcjach winniśmy te myśli roztrząsać, by zdobyć radość.
Jeżeli
dusza jest niepocieszona z powodu błędów przeszłości, trzeba odbyć dobrze
spowiedź,
do której należy się przygotować w czasie rekolekcji. Bóg największe grzechy
przebacza
i zapomina o nich, dlatego krzywdzimy Boga i własną duszę, gdy ustawicznie
wracamy pamięcią do win dawnych. Po rozgrzeszeniu nasze grzechy spoczywają
w zawrotnej przepaści Miłosierdzia Bożego. Po co siłą woli dobywać te grzechy,
które już są przykryte miłością miłosierną.
Niedobrze, gdy słoneczną jasność duszy nurtuje myśl, czy odpokutowałem za
dawne winy?
Jak przy wniebowstąpieniu radość ogarnęła Apostołów, że już nie pamiętali
swej smutnej przeszłości, tak nam już trzeba zapomnieć o niej.
Wprawdzie w pierwszych wiekach za grzechy Kościół
wyznaczał surowe pokuty, jak posty, jałmużny itp., których dziś nie stosuje.
Ale wówczas nie naznaczał pokuty wstąpienia do klasztoru, bo to byłaby
pokuta za wielka. Skoro teraz jesteś w klasztorze, możesz odpokutować
za najgorszą przeszłość swoją wiernością regule i ślubom przez dobrowolną
ofiarę woli, rozumu i serca.
Co się
tyczy przyszłości, mamy powtarzać z Pawłem: "Wszystko
mogę w tym, który mnie umacnia" (Flp 4,13). Wobec tego prozaiczne
pytanie czy podołam na przyszłość jest grubym nietaktem i obrazą rekolekcji.
Takie pytanie swoją szarzyzną i moralną martwotą tłumi naszą radość i pokój
wewnętrzny. Wprawdzie na widok obecnych błędów musimy z sobą się liczyć
i postępować roztropnie, jak Bóg postępuje z nami. On chce naszej świętości,
ale nie czyni nas bezgrzesznymi, lecz żąda naszej pracy ustawicznie w uświęceniu.
Tym samym, że czynimy postanowienia, mamy się przekonywać przy sposobności,
czyśmy je spełnili. Bóg widzi
w postanowieniach naszych dobrą wolę, a spełnieniu ich pobłogosławi tylko
w łączności
z ofiarami z strony naszej.
Ofiar obawiamy się, a czyż Chrystus nie poniósł dla nas ofiary największej?
Zofia Barras tak polubiła ćwiczenia pokutne i ofiary, że ich szukała, jak
ludzie szukają słodyczy. Nie patrzmy
na ofiary przez powiększające szkło, a wówczas myśl o przyszłości nie zasmuci
nas nigdy.
A czy sił wystarczy? Źródłem słonecznym sił w pracy
dla nas jest Jezus Chrystus. Jak Szaweł - naczynie odrzucone - stał się
Szawłem - naczyniem wybranym dzięki łasce i współpracy z nią,
tak i my z łaski Zbawiciela zaczerpniemy sił potrzebnych do wytrwania.
On tak Chrystusa umiłował, tak się zżył z Nim, że wypełniał Mu każdą chwilę,
a w listach swych imię Jezus powtarza 219 a Chrystus 214 razy. Wsparłszy
się na Chrystusie wyśpiewał taki hymn miłości, jakiego nie potrafił wyśpiewać
najukochańszy uczeń Jego św. Jan: "Gdybym
mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał...(1Kor 13.1n).
W tym hymnie jakże się wzniośle ujawnia wiara, nadzieja i miłość - to
źródło radości i słonecznej jasności, gorliwości niezrównanej,
ofiarności i pracy, wyniszczenia i cierpień dla Chrystusa.
Rekolekcje usuwają przeszkody do radości zależnie
od rekolektantów, którzy mogą być podzieleni na trzy kategorie, jak chorzy:
znających swą niemoc i nie chcących używać środków, godzących się na diagnozę,
ale nieużywających lekarstw, oraz na przyjmujących wszystkie przepisane
lekarstwa. Pierwsi są ci, co noszą suknię, ale ducha zakonnego nie mają,
kierują się zasadami świata bez żadnego zapału. Taki zakonnik to dobry aktor,
ale nie wiadomo kogo przedstawia.
Ma ustawiczny rozdźwięk między sumieniem a czynem, nie ma jedności myśli,
otoczenie dla niego obce, a on zagadkowy i tajemniczy wszystkich od siebie
odstręcza. Dla niego rekolekcje nic nie pomogą, chyba tylko cud może spowodować
zmianę i zawrócić ze złej drogi, sprawiającej mu już tu na ziemi piekło.
Drugą klasę stanowią opieszali i oziębli. Charakterystyka
tej drogi sprowadza się do objawów zewnętrznych. Praktyki spełnia mechanicznie.
Żyje z dnia na dzień bez pojęcia o swoim stanie, bez zrozumienia swego
powołania, bez zainteresowania się sprawami powołania. Pobudką działania
jest tylko wzgląd ludzki, bez intencji nadprzyrodzonej. Do uzdrowienia
tej duszy nie trzeba cudu, a rekolekcji. Główną przeszkodą tu jest miłość
własna, która pobudza do myślenia,
co o niej sądzą inni, każe dbać o wygląd zewnętrzny, o dogadzaniu ludziom.
Mniejsza o Boga,
bo On miłosierny. Wciąż myśli o swoich dobrych uczynkach, co się zrobiło,
co można było zrobić, gdyby nie inni, którzy mi zazdroszczą.
Niech już tak będzie, by innych nie drażnić dla świętego spokoju. Wciąż
mówi o sobie, przechwala się, choć słówkiem, czasami zgani, by inni temu
zaprzeczyli? - szuka uznania
dla swoich poczynań i planów, a kto się sprzeciwi, to wróg.
Pobudką działania jest tylko miłość własna, a
za nagrodę ma smutek i zniechęcenie, gdy się praca nie udaje. W modlitwie
i ćwiczeniach nie znajduje siły, skupienie przychodzi trudno, bo nad swymi
czynami przechodzi bez postanowienia, bez poprawy i refleksji. Karność
zakonna wydaje się nieznośna, a posłuszeństwo pochodzi tylko z niewolniczej
bojaźni. Obowiązkowość żadna, bo obowiązek to ciężar moralny. Życie zakonne
domu jej nie obchodzi, czy prace mają uznanie czy owoc pracy postępuje,
czy liczebność rośnie "byle mnie było
dobrze". Nie ma tam umiłowania dobra wspólnego ideału. Czasami
przejawia się pewna gorliwość, ale tylko zewnętrznie z pobudek doczesnych.
Żąda dla siebie szacunku, sądzi, że jest dobrodziejstwem klasztoru, dba
o wygody, wmawia sobie, że pracuje więcej, niż inni. Myśli, że wszystko
jej się należy, uważa że czyni dobrodziejstwo, iż poczuwa się do społeczności
rodzinnej.
Straszny
to stan i nie można zwlekać, by wyjść z niego: "Znam
sprawy twoje, żeś ani zimny
ani gorący, ale letni" /por. Ap 3,15-16/. Prawdziwej pociechy
taka dusza nie zna, bo zanim się
do niej dostanie, już jest zatruta; dla niej wszystko jest trudne i ciężkie:
nie ma prawa do radości, jak maszyny kolejowe bez kół, komina i pieca a
mające pretensje, że ich nie używają.
Nie mogą doświadczyć na sobie: "Jarzmo
moje wdzięczne jest". Taki stan doprowadza
do grzechu ciężkiego, gdyż dusza nie ma zamiłowania do rzeczy nadprzyrodzonych,
a kocha się w zmysłowości, wygodach i wystarczy jedna większa pokusa, aby
przyprawić
o upadek.
Trzeci rodzaj to dusza gorliwa, gotowa na wszystko
dla Boga, płomienna w miłość i gotowość cierpieć dla Pana. We wszystkich
pracach pogodna, ochotna, ofiarna, wesoła, promienna, zadowolona, przejęta
bojaźnią dziecięcą. Spoczywa na niej łaska Boża i jest radością dla Pana,
który błogosławi im na każdym kroku. Pełno w niej życia, cierpienia, pokoju
i radości. "Kto skąpo sieje, skąpo i zbiera, a kto sieje z błogosławieństwem,
błogosławieństwo zbierać będzie. Oddajmy teraz swe serca Bogu niepodzielnie
i całkowicie. Niech w rekolekcjach (dusze) oziębłe wyjdą ze swego stanu,
jak św. Franciszka Rzymianka po rekolekcjach Łęczyckiego.
CICHOŚĆ
"Uczcie się
ode mnie, iżem cichy"( Mt 11,29), powiedział Pan Jezus, żądając
od swych sług głównie tej cnoty, stawiając ją obok pokory, a nawet przed
nią. Świętość nie oparta na cichości
nie jest prawdziwa.
Cichość jest owocem miłości nadprzyrodzonej Boga,
jest palmą zwycięstwa człowieka
nad pychą - jest odnowieniem i przeistoczeniem całej natury człowieka.
Stary Adam jest
z natury gniewliwy, a im więcej pyszny, tym więcej porywczy. Każdy człowiek
pyszny jest porywczy, ostry i gniewliwy; niecierpliwość karmi się pychą,
jest jej głosem i oznaką.
Gniew opiera się na miłości, którą człowiek ukochał siebie, swoje wygody,
swoje szczęście;
jest on oporem człowieka, któremu chcą wydrzeć to, co on kocha. Gniew
jest okrzykiem miłości własnej i samolubstwa.
Uczynić człowieka cichym, jest to odmienić go
z gruntu i doprowadzić jego naturę do stanu nadprzyrodzonego. Bezbożny
nie zna granic uniesieniom i zwraca się nawet do Boga, jeżeli wyczerpie
swój gniew na bliźnich. A natury pobożne pozornie w zakonie stają się
najstraszniejsze w gniewie swoim i trzeba długiego czasu, by płomień ugasić,
a gorące węgle długo jeszcze będą mogły łatwo się rozżarzyć.
Gniew człowieka spokojnego jest najtrudniejszym do rozniecenia. Cichość
tedy nie jest cnotą przyrodzoną i nie dochodzimy do niej o własnej sile.
Ona jest cnotą Jezusa i aby ją pełnić, trzeba nam Jego łaski potężnej.
Trzeba wpierw zwyciężyć naszą miłość własną, a Pan da łaskę cichości,
chętnie przestaje z cichymi i ułatwia im pozyskiwanie innych dla Boga.
Trzeba być cichą względem Boga. Bóg niekiedy
ukrywa swe Miłosierdzie pod osłoną zagniewanej postawy i zdaje się zamykać
źródła łaski. Dozwala, by wszystko, co robimy
nie udawało się, by się nam sprzeciwiały rzeczy podjęte dla Jego chwały,
by nas spotwarzali
źli i dobrzy, przyjaciele i wrogowie, byśmy byli opuszczeni jak Hiob na
barłogu.
Wtedy rozpaczamy, opuszczamy wszystko z
niesmakiem, nad nami panuje smutek
z niecierpliwością, czujemy wewnętrzne wzburzenie duszy. Wtedy trzeba
iść do Boga
w cichości i powiedzieć Mu: "Wszystko
przyjmuję z ręki Twojej, wielbię Cię w tej tajemniczej drodze i wolę Twoją
we mnie, bo to wypływa z Miłosierdzia Twojego".
Cierpimy, ale jesteśmy poddani i Bóg jest zwyciężony
słodyczą cierpiącej duszy. On chciał się przekonać, czy Go kochasz więcej,
niż łaski Jego. Bez cichości nie poddamy się woli Bożej,
a walczyć będziemy przeciw Niemu i możemy dojść do rozpaczy, szemrania
i bluźnierstwa. Hiob jest naszym wzorem, odniósł on triumf nad Bogiem,
chociaż nie widział Chrystusa.
A jakże Pan Jezus był cichym względem Ojca Niebieskiego, który nakazał
Mu cierpieć dużo tak, że nie mógł się powstrzymać, by nie prosić Ojca
o oddalenie kielicha z dodaniem: "Niech
się spełni wola Twoja". A na krzyżu jakież to opuszczenie
od Ojca.
Miłosierdzie Boże i tobie da skosztować tej goryczy. Ufaj Miłosierdziu,
które nie da ci zginąć
na zawsze. Nie szukaj powodu cierpień w swych grzechach, by nie wprowadzić
zamieszania, ale rzuć się tylko w Miłosierdzie Boże.
Trzeba
być cichą względem bliźniego, a źródłem tego jest miłość. Będziesz słodka
dla nich,
jeżeli będziesz widzieć w nich dary Boże, a w nich kochać Boga. Ludzie to
worki przedziurawione, kto w nich skarb mieści, straci. Jeżeli będziesz
widzieć Boga w bliźnim - będziesz znosić jego wady, napominać bez goryczy,
obchodzić się jak z Chrystusem idącym na Kalwarię, oddawać Mu usługi, litować
się nad nędzą bez gniewu, z cierpliwością i dobrocią. Ale nie ma rzeczy
potrzebniejszej jak słodycz do bliźniego w Zgromadzeniu, gdyż pokój i jedność
braterska polega na tej cichości. Jeżeli bliźni stanie na przekór, zniesiemy
to w cichości i pomyślimy, że to tylko pożyczone i ma być oddane, bo i my
może nie raz staliśmy, albo staniemy na przekór. Cichość unika sprzeczek
i kłótni, jak zalecał Pan Jezus na ostatniej wieczerzy.
Należy być także cichą dla siebie. Naturalnie
gdy idzie o unikanie grzechu, o usunięcie okazji,
o zwalczanie nawyków, o ukaranie błędów, wtedy nie może być mowy o cichości,
lecz trzeba energii i siły. Ale po co się gniewać na naszą słabość? To
nasza zepsuta natura.
Nie budź na próżno władz swej duszy słabych i bez tego - przeciw słabości,
która po ziemi pełza i nie wznosi się wysoko, która co chwila na nowo
upada, trzeba tu użyć nie walki i gwałtu, lecz pokory i cichości. Trzeba
brać swą naturę, jaką ona jest i taką przedstawić Bogu. Jesteś słabego
ducha, jeszcze bardziej słabszego serca, ofiaruj to Bogu. Wszak nie można
się zabić, by się odmienić.
Na próżno gniewać się na siebie, że nie jesteś
doskonałą. Jeżeli chcesz wydać się doskonałą we własnych oczach, staniesz
się jak nieuk wmawiający sobie, że jest uczonym. Jak biednemu dajesz jałmużnę
nie wnikając, czy na nią zasługuje, tak postępuj i z sobą. Twoja słabość
i nieudolność jest warunkiem upokorzenia się. Znoś nieudolność twoją,
a to wyrobi pewien rodzaj spokoju, który cię z Bogiem zjednoczy. Doskonała
cichość nawet dziękuje Bogu za nędzę, która chwałę przynosi Jego niewypowiedzianej
wielkości, uznaje najmniejsze łaski
i błogosławi za nie Boga jako za niezmierzone dobrodziejstwa, które Bóg
zsyła pomimo niegodności zupełnej.
Trzeba
cichości w służbie Bożej we wszystkich sprawach i duchowych stosunkach,
a szczególnie w modlitwie. Zaczynasz rozmyślanie, a nie masz, ani myśli,
ani uczucia,
ani sposobu odprawienia go, cierpimy nad tym, ale trzeba się temu poddać
i nie mieć do siebie żalu, bo sami z siebie nic lepszego nie uczynimy. Gniew
tu byłby dowodem pychy, starcia się miłości własnej, która marzy o wielkich
sprawach i sądzi się być zdolną do najtrudniejszych rzeczy. Bóg nas zatrzymuje
na właściwym miejscu i przedstawia nam naszą nicość. Trzeba
w cichości patrzeć na nią i ofiarować Panu Bogu, a On ześle promień słońca,
bo On wejrzał
na ubogiego na kupie gnoju Hioba. Prorok woła: "Czemu
smutna jest dusza moja? - Spera in Deo - ufaj Bogu i Jego Miłosierdziu"
(Ps 42,6) oto odpowiedź i lekarstwo.
ZA CHRYSTUSEM
Bóg jest nieskończenie godzien miłości,
bo jest Nieskończonym pięknem, a każda dusza,
jako rozumna istota, dąży do piękna - pożąda ideału. Bóg godzien jest miłości
w Synu Swoim wcielonym, jako arcydzieło Ojca i pierwowzór wszystkich bytów.
Jest niezrównanie skromny, miłujący wszystkich miłością niewymowną. Stoi
wsparty na krzyżu i obejmuje swym wejrzeniem dusze mu oddane, żądając od
nich wielkiej i bezgranicznej miłości.
Przyjrzyjmy się z bliska, jaką winna być ta miłość.
Życie Jezusa było ubogie, więc i ja mam miłować
ubóstwo, które jest godłem Jego.
Stąd i ubóstwo święte będzie dla mnie całą godnością, bogactwem i szczęściem.
To ofiara mojego pożądania oczu, którą teraz ponownie składam Mu jako
dar. Życie Jezusa było otoczone atmosferą dziewiczą, to Jego drugie znamię,
charakter i godło. To jest również znamię mojego życia zakonnego, które
Mu ślubowałam, jako ofiarę mojego serca.
Nie mogę się już zajmować ani sobą, ani
żadnym stworzeniem. Mam należeć niepodzielnie
do Oblubieńca, który jest dla mnie jedynym szczęściem. Życie Jezusa było
otoczone atmosferą poddaństwa, to jest trzecie znamię i godło.
Posłuszeństwo moje ze ślubu wypływające, to ofiara, że w tych, którzy
mi zastępują Boga,
widzę drugiego Chrystusa i idę za Nim, jak dziecię posłuszne każdemu skinieniu
swojego opiekuna, to jest honor mój, to jest zbawienie, świętość moja.
Poufałość
z Bogiem, to wynik mych ślubów, który mnie czyni jeszcze bardziej szczęśliwą,
bo łączy z Panem w zażyłości i serdecznym obcowaniu. Serce nasze tęskni
za obcowaniem poufałym dziecka, jak tęskni i choruje góral za powietrzem
hal, gdy się znajdzie na nizinach. Jesteśmy mieszkańcami gór, a dusza nasza,
myśl i serce może żyć i rozwijać się tylko na szczytach, opromienionych
miłością Bożą. My dzieci światłości! my jej nie zaznamy bez zażyłości poufałej
z Jezusem, naszym Królem, Bratem, Panem i Oblubieńcem. Tylko w zakonie możliwa
jest ta zażyłość jaką widzimy np. u św. Teresy od Dzieciątka Jezus.
Ufność we wszystkim Temu, z kim pozostajemy w
zażyłości. Ufność w Miłosierdzie Boże.
Ja słaba, zmienna nie mogę polegać na sobie, a ufam Wszechpotężnemu i
Miłosiernemu Oblubieńcowi, który się wszystkim ze mną dzieli, nawet Niebem.
Wspólność dóbr wypływa z hojności Oblubieńca. Pójdę tedy uboga za ubogim
Chrystusem, prześladowana za prześladowanym, ubiczowana złością świata
do Niego się przygarnę,
dzielić będę sromoty i hańby, zapomnienia i pogardę, oddając Mu cześć
i serce.
Zadośćuczynienie i wynagrodzenie Bogu i Panu
za siebie i drugich, to duch pokuty,
który bliżej mnie połączy ze Zbawcą, bo "Miłość
prawdziwa wszystko przetrwa i wszystkiego się spodziewa".
Mam tedy miłość swą podwajać, potrajać, by za drugich miłować, bo On nas
powołał, byśmy zadośćuczynili zniewagi.
Wreszcie praca usilna, apostolska, do której
trzeba odnowienia sił starganych na modlitwie
przed tabernakulum; tam Jezus swą miłością nas zapali i odrodzi. "Przyszedłem
ogień miotać,
a czegóż chcę, jeno, aby ten ogień płonął"( Łk 12, 49).
* * *
Miłość daje nam skrzydła, rozpala wolę, zdobywa
wzajemność. Dlatego pozwólmy upoić się Jego tkliwością, dajmy się porwać
jego miłością. Oddajmy się pod opiekę Maryi, Ona jest naszą Matką, Ona zna
tajemne skarby dobroci Jezusowej. Niechże da ci zakosztować ich w obfitości,
niech ci da światło poznania siebie samej, światło czyste, zdrowe i żywe,
któryby zdołało rozniecić ogień w sercu i rozpalić płomień dobrej woli.
Eucharystia
- sakrament miłości i miłosierdzia - teksty ks. Michała Sopoćki
<<
POWRÓT do części I
<<
spis treści
www.faustyna.eu
do góry
Prawa autorskie zastrzeżone © Zgromadzenie Sióstr Jezusa
Miłosiernego
Kopiowanie tekstów i obrazu Jezusa Miłosiernego dozwolone wyłącznie
z podaniem pełnej nazwy źródła pochodzenia lub aktywnym linkiem do strony www.faustyna.eu |